Zawód aktora jest transformacją. Rozmowa z Anną Szymańczyk
Mój udział w filmie „Dom dobry” jest epizodyczny. Jednak się cieszę, że mogłam wziąć w nim udział, bo akurat jestem nośnikiem bardzo ważnej informacji, czyli tego gestu wzywania pomocy. Jest to międzynarodowy gest, a mało osób o nim wie – mówi Anna Szymańczyk.
Na początek pytanie może troszkę dziwne. Czy czuje Pani jakiś związek z Nicole Kidman?
Nie, a powinnam?
Jeżeli wierzy Pani w astrologię i horoskopy to tak, bo ona urodziła się tego samego dnia, ale oczywiście innego roku.
Życzyłabym sobie takiej kariery, jaką ma Nicole Kidman. Jest to aktorka, która od wielu lat zaskakuje. Mam! Powiem szczerze, że mam jakiś związek. Jeden z ostatnich jej filmów „Babygirl” jest o kobiecie dojrzałej, która wybiera młodszego partnera i tam były odważne sceny łóżkowe. Był dla mnie ważny, bo byłam świeżo po zrobieniu Lady Love, czyli serialu, który opowiada o branży filmów dla dorosłych. Musiałam się też zmierzyć z takimi rzeczami, z którymi ona się mierzyła. Również nie mam dwudziestu lat już i mam ciało, które też ma swoje lata. Psychicznie unieść taką rolę wcale nie jest prosto. Spotyka się to często z ostracyzmem społecznym i podoba mi się, że ona odważnie w to idzie. Oczywiście nasz rynek jest kompletnie inny i myślę, że to jest niemożliwe w naszym kraju, ale życzę nam wszystkim, którzy kochają oglądać filmy i którzy je robią, żebyśmy mieli rynek, który się rozwija tak, jak amerykański.
Przyjechała pani do Torunia na Festiwal BellaTofifest przy okazji prezentacji filmu „Dom dobry”. Wiele osób po obejrzeniu mówi, że temat niezwykle ważny, ale dlaczego tak drastycznie pokazany?
Na tym polega filozofia Wojtka Smarzowskiego. On odziera nas z tych wszystkich ładnych szatek, w które my się ubieramy, pokazuje ciemną stronę ludzkiej duszy i to robi konsekwentnie od lat. Muszę przyznać, że podziwiam tę konsekwencję Wojtka. Poza tym on ma ogromną umiejętność wynajdywania tematów społecznych, które, jak powstaje film, nie są jeszcze tak ważne, ale kiedy film wychodzi, to wszyscy o nich mówią. Ma jakiś cudowny zegar społeczny i rozumie, w którą stronę to zmierza. Analizuje społeczeństwo, nastroje i problemy. My jesteśmy wykonawcami jego wizji. Oczywiście mój udział w tym filmie jest epizodyczny. Jednak się cieszę, że mogłam wziąć w nim udział, bo akurat jestem nośnikiem bardzo ważnej informacji, czyli tego gestu wzywania pomocy, który powinien być rozpowszechniany. Jest to międzynarodowy gest, a mało osób o nim wie. Zazdroszczę oczywiście tym, którzy się zmierzyli z tymi ogromnymi i trudnymi rolami, ale moim zdaniem byli świetnie obsadzeni i że ten film jest po prostu ważny. Czy jest drastyczny? Pewnie tak dla tych osób, które nie spotkały się z taką przemocą. Dla tych, którzy się z tym spotkali, jest przykrym przypomnieniem. Wiele jest osób w naszym społeczeństwie, kobiet przede wszystkim, które ten temat dotyka i mówią o tym, że niektóre ich sytuacje były jeszcze gorsze. To ciężki film, który wbrew swojej tematyce zdobył rzeczywiście wielką publiczność. „Kler” też był takim kontrowersyjnym tematem i też miał ogromną oglądalność.
Teraz jestem po współpracy z Jagodą Szelc w Teatrze Dramatycznym w spektaklu „Muszenie”, w którym poruszamy temat DDA. To zaskakujące, jak wiele osób identyfikuje się z tym problemem. Więc tak naprawdę myślę, że po prostu społeczeństwo chce się uzdrawiać i chce się wyprowadzać na lepszą ścieżkę.
Podkreśliła pani tę konsekwencję Smarzowskiego, bo on rzeczywiście „nie bierze jeńców” w swoich filmach, potocznie mówiąc. Wystarczy wspomnieć „Wołyń” czy „Dom Zły”, które są filmami wstrząsającymi.
Absolutnie. Za komedię uważano też pierwsze „Wesele”. Ja się z niego nie śmieję. A to film głęboko poruszający temat naszego polskiego kołtuna. Punktuje wszystkie nasze obrzydliwe cechy, które mamy jako społeczeństwo, jako kraj. Nie daje odetchnąć. Konsekwentnie wyciąga nasze wszystkie brudy i pokazuje, jacy jesteśmy. Albo jacy możemy się stać, jeżeli nie powiemy stop.
W wypadku pierwszego „Wesela”, aż się ciśnie na usta cytat z „Rewizora” Gogola: „z kogo się śmiejecie, z siebie się śmiejecie”.
Dokładnie. Uważam, że ten film jest jakimś filmem wszechczasów, tak jak „Dzień Świra”, który działa na podobnej zasadzie. Do pewnego momentu się śmiejesz, a potem ten Adaś Miauczyński w tobie się odzywa i mówisz: „ja też tak mam”. To ważne filmy, które oddziałują na widza. Warto robić takie kino. Chociaż nie tylko takie, bo rozrywkowe kino też jest potrzebne, przecież nie zawsze mamy przecież ochotę na filmy w stylu Smarzowskiego.
No właśnie, spotkałem się z tym, że widzowie boją się tego filmu.
Ja też się spotykam z wieloma opiniami, typu „boję się obejrzeć Dom Dobry”, „nie widziałem, bo mam ciężki czas”, „bo nie mam nastroju”. Nawet jeżeli ktoś nie widział, to już samo poruszenie społeczne sprawia, że zaczynają się zastanawiać nad tymi tematami. Więc się cieszę, że te filmy mają taką oglądalność. Wojtek to robi świadomie i wykonuje jakąś ogromną pracę społeczną. To wspaniałe móc brać udział w jego filmach i towarzyszyć w tej drodze. Poza tym aktorzy, których tam spotykam i w ogóle artyści, którzy pracują przy jego filmach, to są niesamowici ludzie. Wszyscy są oddani sprawie. On też nie ma przypadkowych osób w swojej ekipie, ani w ekipie techniczno-artystycznej, ani aktorskiej, więc tym bardziej jestem zadowolona, jeśli mogę się w tym wszystkim znaleźć.
Zagrałam w trzech filmach – „Klerze”, drugim „Weselu” i „Domu dobrym”. To duża przyjemność. Moje role są epizodyczne, ale doceniam to, że mogę się znaleźć w tym gronie. Mam tego świadomość, że u niego nawet najmniejszy epizod jest ważny. Jako reżyser wie, dlaczego wybiera konkretne osoby i umie wykorzystać je nawet w takim krótkim mignięciu w sposób fantastyczny. To coś niesamowitego. Mam nadzieję, że to nie jest koniec naszej współpracy i że będę mogła z nim pracować dalej, bo jest to niesamowicie inspirująca, mądra i porywająca osoba. Pomimo tego, że jest dosyć skryty i zamknięty w sobie, to praca z nim jest prawdziwym obcowaniem z kimś, kto lubi swoich ludzi i wie, po co ich brał.
Kontynuując temat wizerunku, to pani nie daje się szufladkować. Gra role niezwykle poważne, ale także w serialach, komediach, filmach romantycznych.
Ogromnie się z tego powodu cieszę. Może dla niektórych wygląda to na niekonsekwencję, a uważam po prostu, że ten zawód, jak mówię, jest transformacją i to mnie bawi. Chcę ludziom dawać jakąś refleksję i żeby pomyśleli nad tym, kim jesteśmy, ale też chciałabym dawać oddech, bo uważam, że takie jest moje zadanie. Aktorstwo jest dziwnym zawodem, dlatego że z jednej strony wymaga się od nas opinii społecznych, zajmowania stanowiska w wielu rzeczach, a z drugiej strony my też pracujemy w jakichś szeroko rozumianych, luksusowych usługach. Mamy dostarczać albo katharsis, albo rozrywki i nie widzę sprzeczności w tym. Każdy z nas składa się z tego, że raz się śmieje i ma lekki czas, kiedy się bawi, a czasami to życie nas dociska. Wydaje mi się, że aktorstwo to przede wszystkim człowieczeństwo. To zawód, który ma dawać radość i dawać też przemyślenia. Tak zbudowany jest człowiek, że nie ma osób, które są wiecznie smutne. Nawet największy smutas będzie miał moment, kiedy się uśmiechnie albo coś na moment sprawi mu radość. Jeżeli mogę coś takiego nieść, to świetnie. Oczywiście widownia filmów Smarzowskiego czy Lady Love jest inna niż komedii romantycznych, w których biorę udział. Ale dlaczego mam nie docierać do szerokiego widza? Może ten widz pójdzie za mną i zobaczy jakiś film, który jest spoza jego kanonu. Może się uda poszerzyć pole jego zainteresowań. To byłoby wspaniałe. A poza tym jeszcze jest jedna sprawa. Oprócz artystycznej wizji i misji, którą my mamy, to jest to zawód, z którego musimy żyć. Więc oczywiście gra w serialu codziennym jest dużą wygodą i poczuciem bezpieczeństwa. Z naszą pracą jest związane to, że my często nie wiemy, co będzie z nami za miesiąc. Decydujemy się więc na seriale.
Nie każdy jednak w serialu chce grać.
Są aktorzy, którzy się nie decydują, bo to jest w niezgodzie z ich filozofią. Bardzo to szanuję, ale są aktorzy tacy jak ja. Piotrek Głowacki jest przykładem osoby, która gra w artystycznym kinie, ale też potrafi grać w serialu codziennym. Spotykamy się tam. Jest wielu aktorów, którzy mają takie podejście. Wspomniana Nicole Kidman to też jest aktorka, która gra czasem w ambitnym kinie, a nie boi się też ani serialu kryminalnego, ani musicalu. To wszystko jest interesujące. Nigdy mi się nie wydawało, że jestem dobra w komediach. A okazuje się, że tak. Nigdy nie myślałam, że będę grać w „Na dobre i na złe”, które oglądałam jako młoda dziewczyna, a gram. Spotykam tam znakomitych aktorów. Uważam, że żadna praca nie hańbi. Żaden z tych projektów, które zrobiłam, nie był w niezgodzie z moją filozofią życiową.
Teraz, po olbrzymich produkcjach Netflixa, na serial zaczęto zupełnie inaczej patrzeć w świecie filmu.
Tak. Oczywiście są produkcje, które są serialami codziennymi. One mają trafić do innego widza, ale seriale w szeroko rozumianym streamingu to są często długie filmy. One są profesjonalnie prowadzone. Pracują przy nich ci sami reżyserzy, którzy robią znakomite filmy. Ci sami scenografowie, operatorzy i cała gama zawodów towarzyszących. To ci sami ludzie, którzy po prostu realizują dłuższy film. Czy to się gra inaczej? Według mnie nie. Zwłaszcza jeżeli to jest zamknięta forma, to tak naprawdę przedłużony film. Bo wtedy obejmujemy całość roli. Czasami się mylę, mówiąc o „Lady Love”, że to film. Dokładnie tak samo się przygotowywałam, jak do filmu. To było sześć odcinków. Bywa, że te seriale są lepsze niż filmy. Zdecydowanie inaczej trzeba podejść do serialu, który jest sitcomem i idzie codziennie.
Zostańmy przy Lady Love, bo to produkcja, która porusza kontrowersyjny temat branża filmów dla dorosłych. To cały czas jest temat tabu.
Zagranie pewnie było jakąś odwagą. Oczywiście pojawiły mi się takie myśli, co mi to przyniesie dalej, czy mi się przyklei taka łatka, że jestem do ról dla dorosłych. Nie, nie przykleiła się. Tak samo, jak po „Znachorze” bałam się, że będę grała tylko kobiety ze wsi, które zresztą uwielbiam. Jest wielka mądrość w tych kobietach. Jednak bałam się tego, więc celowo, jak mi zaproponowano rolę w „Lady Love”, to się ucieszyłam. To całkowicie inny biegun. Wymagało to odwagi i takiego rachunku sumienia, czy jestem gotowa na to też, żeby to swoje ciało odsłonić. Przede wszystkim jednak wymagało gotowości emocjonalnej, ponieważ to serial, który ma szeroką paletę emocji, które musiałam tam zaprezentować. Tak naprawdę gram tę kobietę przez trzy czy cztery nawet dekady. Ona się przecież zmienia, nie tylko fizycznie, ale również psychicznie. Ciekawym zadaniem było złapanie i uprawdopodobnienie tej postaci. Dodatkowo to świetna zabawa z kostiumem z lat 80. No i praca z Bartkiem Konopką, który jest wybitnym reżyserem, ale też praca z aktorami niemieckimi. To było ciekawe spotkanie, a zarazem odważny projekt. Może nie to, co się pierwsze nasuwa na myśl, czyli nagość, a bardziej ekshibicjonizm emocjonalny. To było trudniejsze. Relacja z moją córką w tym serialu była dla mnie trudna do zagrania i bolesna.
Te role, które pani gra, są bardzo różne. Czy jest jakaś taka wymarzona rola, której propozycja jeszcze nie padła.
Chciałabym zagrać coś w stylu „Niebezpiecznych związków”. Przyznam szczerze, że ten film z Malkovichem i Glenn Close, którą uwielbiam, to dla mnie jakiś ideał aktorstwa. Ubolewam nad tym, że ona jest mało uhonorowana nagrodami. Na przykład nie ma Oscara. Dla mnie to wspaniałe dzieło. Nie zdarzyło mi się jeszcze grać w tego rodzaju rzeczy. Nie zdarzyło mi się grać eleganckiej kobiety w sukni balowej albo królowej czy księżnej. Też nie grałam takiej postaci zimnej, chłodnej i zamkniętej w sobie. W teatrze tak, ale nie w filmie. Więc mam nadzieję, że te propozycje jeszcze przede mną. Generalnie jestem otwarta na różne propozycje i czekam na jakiegoś szaleńca, który zobaczy coś we mnie jeszcze innego. Kiedy ktoś mówi mi, że chciałby zrobić ze mną sesję zdjęciową i pyta, jaka chciałabym na niej być, odpowiadam: „A jaki ty masz pomysł na mnie? Co we mnie widzisz?”. Bo mnie to interesuje, co ktoś drugi widzi we mnie.
Ważnym punktem w pani karierze był udział w „Znachorze”.
Rola Zośki otworzyła mi drogę do wielu rzeczy i będę zawsze wdzięczna za tę przygodę Michałowi Gaździe. Wydawało mi się, że to jest taka zwykła rola. To widzowie zobaczyli w niej coś niesamowitego. Cieszę się, że to ja.
A co w tej chwili jest na tapecie?
Cały czas gram w teatrze, ponieważ jestem aktorką Teatru Dramatycznego na stałe. Mam nadzieję, że się pojawią jakieś ciekawe propozycje.
A jeśli to będzie czytał Wojciech Smarzowski, to zna numer telefonu.
Absolutnie zna. Już kiedyś złożyłam obietnicę, że każdą rolę, którą mi powierzy, postaram się wykonać jak najlepiej. Zresztą mam w ogóle takie podejście do tego zawodu, że to nie ma znaczenia, czy ta rola jest duża, czy mała, czy jest drugoplanowa, czy pierwszoplanowa. Czasami są spotkania, które rozwijają i są sprawy ważne, w których chcesz wziąć udział. Taka jest moja filozofia, że jeżeli to coś ciekawego, to absolutnie biorę.
Bywa, że ta drugoplanowa rola to może być ten przysłowiowy Stary Wiarus, którego wszyscy pamiętają.
Właśnie. Trochę mam wrażenie, że mi się coś udało takiego zrobić właśnie w Zośce. Że to była w założeniu drugoplanowa rola, a gdzieś udało się coś takiego ulepić dzięki całej ekipie, że to wypłynęło. I naprawdę biję im pokłony.
Paweł Jankowski
Departament Promocji
8 października 2026