Żyli, śmiali się, tęsknili za wolnością
Rozmowa z Mariuszem Winieckim, prezesem Polsko-Amerykańskiej Fundacji Upamiętnienia Obozów Jenieckich w Szubinie i Susanną Bolten Connaughton, wiceprezes fundacji i córką więźnia obozu w Szubinie ppor. Seymoura Boltena, organizatorami Muzeum Jeńców Wojennych w Szubinie.
Dlaczego obóz jeniecki w 1939 roku powstał właśnie w Szubinie?
Mariusz Winiecki: – Niemcy wykorzystywali każdą dostępną przestrzeń do organizacji miejsc dla jeńców, których, w miarę otwierania się kolejnych frontów II wojny światowej, było coraz więcej. Z uwagi na to, że w Szubinie wcześniej istniał ośrodek wychowawczy dla chłopców, dysponujący odpowiednimi budynkami i przestrzenią do budowy baraków, zdaniem okupantów idealnie nadawał się na stworzenie obozu.
Na początku byli w nim Polacy, potem Brytyjczycy, Francuzi i Amerykanie. W zależności od tego kogo tutaj przetrzymywano, zmieniały się rodzaj i nazewnictwo obozu. Stalagi były dla żołnierzy i podoficerów, oflagi dla oficerów. W Szubinie Niemcy w trakcie wojny przetrzymywali jednych i drugich, stąd też nazw obozów było kilka. Ważnym punktem w historii tego miejsca była relokacja Brytyjczyków wiosną 1943 roku. Na ich miejsce zostali przywiezieni jeńcy amerykańscy. Zmieniła się wówczas nazwa. Oflag XXIB został przemianowany na Oflag 64.

Wystawa w Tin Store – Muzeum Jeńców Wojennych w Szubinie, fot. Andrzej Goiński/UMWKP
Dlaczego?
Mariusz Winiecki: – Niemcy starali się tworzyć obozy dla jeńców konkretnych narodowości, rodzajów wojsk i stopni. W Oflagu 64 byli amerykańscy oficerowie piechoty. Pierwsi trafili tutaj 6 czerwca 1943. Nie wiedzieli wtedy, że w obozie spędzą kolejne dwadzieścia miesięcy – do stycznia 1945 roku. Ten okres odcisnął na nich duże piętno. Ci, którzy byli tu najdłużej, czuli największą więź z Szubinem. Tutaj nawiązały się przyjaźnie z współwięźniami i konspiracyjne kontakty z mieszkańcami. W pamiętnikach jeńcy bardzo często zapisywali adresy tych osób. Wielu z nich wracało do Szubina w latach powojennych. Stworzyła się naturalna międzypokoleniowa też więź i trwa ona do dzisiaj.
Jak wyglądała codzienność za drutami?
Mariusz Winiecki: – Problemem był deficyt wszystkiego, zwłaszcza żywności. Niemcy, pomimo że konwencja genewska ich do tego obligowała, niekoniecznie rzetelnie karmili jeńców. W związku z czym żołnierze mogli przetrwać głównie dzięki paczkom Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Oficerowie starali się wykorzystać wszystkie możliwości, które mogły poprawić ich komfort życia. Na miejscu był sad, ogród, szklarnia, więc bardzo szybko zaczęli uprawiać owoce i warzywa. Starali się też dbać o kondycję fizyczną i psychiczną. Mieli dużo wolnego czasu, więc starali się go szczelnie wypełnić. W obozie działały teatr, orkiestra, drużyny sportowe i gazeta. W naszym muzeum można obejrzeć wiele prac artystycznych osób, które takie zdolności przejawiały. Jeńcy pisali także pamiętniki, które dziś są bardzo dobrym źródłem informacji potrzebnych do odtworzenia trudnej obozowej codzienności.
Kiedy pani ojciec trafił do obozu w Szubinie?
Susanna Bolten Connaughton: – 9 czerwca 1943 roku. Był jednym z pierwszych, którzy tu przyjechali. Znał język niemiecki, którego uczył się w szkole, i został tłumaczem. Zajmował się też redagowaniem obozowej prasy. Jedną z nich był dziennik z najnowszymi informacjami z frontu. Mój ojciec słuchał niemieckich stacji radiowych, czytał oficjalną prasę niemiecką i anglojęzyczne gazety przygotowywane dla jeńców. Te źródła pełne były niemieckiej propagandy i zadanie ojca polegało na umiejętnym jej odfiltrowywaniu. Nauczył go tego amerykański korespondent wojenny i zdobywca Nagrody Pulitzera w 1942 roku Larry Allen – także więzień obozu w Szubinie. Aby być jak najbliżej prawdy używali też tajnego ukrytego odbiornika radiowego i słuchali wiadomości BBC, które ostrożnie przemycali do przygotowywanego codziennego biuletynu. Wiadomości zawieszali na wielkiej karcie w obozowej mesie, którą codziennie czytali Niemcy. Po prostu wchodzili do środka, czytali i wychodzili bez słowa. To było dla nich jedyne wiarygodne pozbawione propagandy źródło informacji.

Susanna Bolten Connaughton i Mariusz Winiecki, fot. Andrzej Goiński/UMWKP
Ile osób się przewinęło przez szubińskie obozy?
Mariusz Winiecki: – Zidentyfikowaliśmy prawie dziesięć tysięcy nazwisk. Zostały potwierdzone na podstawie archiwalnych list meldunkowych. Jest to zgodne z naszymi wcześniejszymi szacunkami na podstawie tzw. statystyk genewskich Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Jednocześnie mogło tu przebywać 1 100 jeńców, ale w styczniu 1945 roku, tuż przed nadejściem Armii Czerwonej, było ich ponad 1 600. Przez cały okres wojny ta liczba często się zmieniała – w listopadzie 1943 roku było tutaj tylko 136 jeńców, w październiku tego samego roku – 775.
Po wojnie osadzeni w Szubinie oficerowie utrzymywali ze sobą kontakt.
Susanna Bolten Connaughton: – Pierwszy raz spotkali się w 1946 roku w New Jersey i na przestrzeni lat odbywali spotkania w różnych miejscach Stanów Zjednoczonych. Z dzieciństwa pamiętam te z Filadelfii i rodzinnego Waszyngtonu. Pamiętam również wizyty pułkownika Drake’a, pułkownika Watersa (wtedy był już generałem), ks. Stanleya Bracha i Henry’ego Söderberga z YMCA [Young Men’s Christian Association – Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej]. Najczęściej opowiadali śmieszne historie i głośno się przy tym śmiejąc. Henry Söderberg zorganizował pierwszą podróż byłych jeńców do Szubina, która odbyła się 11 maja 1971 roku. Później tych wizyt w Szubinie było dużo więcej.
Kontakty Amerykanów z Szubinem zaowocowały powstaniem Muzeum Jeńców Wojennych.
Mariusz Winiecki: – Sam pomysł utworzenia muzeum zrodził się dziesięć lat temu. W pierwszej kolejności postanowiliśmy założyć Polsko-Amerykańską Fundację Upamiętnienia Obozów Jenieckich w Szubinie, której głównym celem było upamiętnienie i popularyzacja wiedzy o obozach poprzez organizację muzeum.
Równocześnie powstała amerykańska organizacja non-profit Friends of Oflag 64, która zaczęła zbierać fundusze na potrzeby utworzenia w Polsce miejsca opowiadającego historię obozów w Szubinie.
W 2021 roku poprosiliśmy zakład poprawczy, na terenie którego funkcjonował oflag, o możliwość udostępnienia pomieszczenia. Spotkaliśmy się z życzliwym przyjęciem dyrekcji, która zgodziła się nam wynająć jedno z nich. W trakcie remontu okazało się, że w tym pomieszczeniu w czasie wojny funkcjonował skład żywności nazywany przez jeńców „tin store”. Budynek był niemym świadkiem historii oflagu. Zbieg okoliczności pomógł nam wybrać ostateczną nazwę: Tin Store – Muzeum Jeńców Wojennych w Szubinie.

Wystawa w Tin Store – Muzeum Jeńców Wojennych w Szubinie, fot. Andrzej Goiński/UMWKP
Co tutaj można zobaczyć?
Mariusz Winiecki: W naszych zbiorach mamy rodzinne listy, redagowaną w obozie gazetę i przedmioty życia codziennego. Pokazujemy też wiele zdjęć, rysunków i pozostałości po twórczości artystycznej jeńców. Wśród artefaktów znalazły się nawet resztki chleba wydawanego jeńcom w ramach racji żywnościowych. Oprócz tego jest szereg innych przedmiotów, np. pantofle wykonane z koca z Czerwonego Krzyża, kuchenka do podgrzewania wody wykonana z puszki po konserwach, drewniane chodaki wydawane jeńcom prawdopodobnie po to, by zapobiec ich ucieczkom, a także oryginalne amerykańskie papierosy Lucky Strike pełniące za drutami rolę wymiennej waluty.
Na wystawie są zdjęcia z życia obozu. Kto je robił?
Mariusz Winiecki: Istniały różne możliwości fotografowania. Zdjęcia najczęściej wykonywali wizytujący obóz przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, którzy dokumentowali życie i warunki w obozie. Kilka fotografii wykonał przedstawiciel YMCA Henry Söderberg, który kilka razy przyjeżdżał do Szubina. YMCA zaopatrywała jeńców w materiały edukacyjne, książki, instrumenty, w rzeczy potrzebne do organizacji życia artystycznego i kulturalnego w obozie. Fotografie wykonane przez Niemców jeńcy mogli kupić płacąc papierosami. Takie były oficjalne możliwości dokumentowania życia w obozie, bo aparat fotograficzny był dla jeńców przedmiotem zabronionym, ale też często szmuglowanym na teren oflagu. Jeden z takich przemyconych aparatów jest również w zbiorach muzeum.

Wystawa w Tin Store – Muzeum Jeńców Wojennych w Szubinie, fot. Andrzej Goiński/UMWKP
Co pani czuła przekraczając próg muzeum?
Susanna Bolten Connaughton: Jako współtwórczyni – dumę, ponieważ udało się stworzyć fantastyczne miejsce. Współpracowaliśmy z Mariuszem Winieckim wspierając się wzajemnie, ale też – w dobrym tego słowa znaczeniu – spieraliśmy się o to, co wystawić, co napisać, martwiliśmy się o logistykę i finansowanie. Cieszę się z naszej współpracy i efektu, który przeszedł moje wyobrażenia. Jestem też wdzięczna wszystkim, którzy pomogli stworzyć to muzeum. Czułam też wzruszenie. Przekraczając próg muzeum jako córka byłego jeńca oflagu, zobaczyłam ścianę z tysiącami nazwisk, oglądałam przedmioty, zdjęcia, czytałam listy i uświadomiłam sobie, że oni wszyscy tutaj żyli, śmiali się i tęsknili za wolnością. Nabrałam wówczas jeszcze większego szacunku do mojego ojca.
*Pierwszych więźniów na terenie zakładu wychowawczego w Szubinie Niemcy osadzili w 1939 roku. Po otwarciu kolejnych frontów w innych państwach do Szubina zaczęli trafiać żołnierze francuscy, brytyjscy i sowieccy. Ostatnimi byli Amerykanie. Oflag 64 został ewakuowany 21 stycznia 1945 r. Na miejscu pozostawiono jedynie 86 jeńców, którzy byli zbyt chorzy. Następnego dnia do Szubina wkroczyły oddziały Armii Czerwonej. Ci jeńcy, którzy pozostali w obozie, zostali 28 stycznia wywiezieni do Rembertowa pod Warszawą, a stamtąd miesiąc później wyruszyli w podróż (przez Odessę) do USA.

Susanna Bolten Connaughton i Mariusz Winiecki, fot. Andrzej Goiński/UMWKP
Lipiec 2026 r.