Wywiady

Grażyna Szapołowska z Nagrodą Filmową Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego, fot. Andrzej Goiński
Grażyna Szapołowska z Nagrodą Filmową Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego, fot. Andrzej Goiński

Kino zmieniło się straszliwie. Rozmowa z Grażyną Szapołowską

Teraz raczej wolałabym być reżyserem albo producentem. To jest bardzo trudne, żeby powiedzieć coś, co dotknie widza – mówi Grażyna Szapołowska, laureatka Nagrody Filmowej Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego z 2025 r.

Czy te lata, gdy chodziła Pani do szkoły w Toruniu, miały wpływ na Panią jako przyszłą aktorkę?

Lata nie miały, tylko miała architektura Torunia i niezliczona ilość kin, do których uciekałam na wagary z lekcji geografii. Pan Wacław Tywoński był opiekunem mojego roku i on mi zawsze odhaczał obecność. Mówił: Grażyna jest w kinie, wybaczam jej. Chodziłam do kin Wolność, Echo, Orzeł. Chodziłam po prostu bez przerwy do kina. Jak mnie nudził jakiś przedmiot, uciekałam i oglądałam filmy. W tych czasach, w latach 60-tych, początek lat 70-tych, to chodziły takie filmy, jak na przykład „Siódma Pieczęć Bergmana”, czy „Tam, gdzie Rosną Poziomki”, czy „Rio Bravo”. Był repertuar takich wspaniałych filmów, że ja się uczyłam na nich. Rzeczywiście kin w Toruniu, było dużo i były filmy, które w tej chwili trafiają już tylko do kin studyjnych, bo multiplexy ich w ogóle nie grają.

No tak, ale świat zmierza w takim złym kierunku pędu przypadkowości i w związku z tym, że czas nam się szybciej kręci i wszystko nam się szybciej kręci, to my nie potrafimy stanąć nad jednym problemem, żeby poczuć, że żyjemy. To jest niesamowity błąd cywilizacji. Mi się wydaje, że czas pędzi szybciej, że ta Ziemia się szybciej obraca i na przykład często mi mówią: Pani nie wygląda na swoje lata. Bo wydaje mi się, że nie mam tylu lat, co mam. Czas spowodował, że mam, ale tak naprawdę nie mam, bo on za szybko idzie. Kino zmieniło się straszliwie.

Nastały czasy, kiedy dla kogoś, kto buduje obsadę filmu, ważna jest ilość followersów na Instagramie, a nie dorobek i talent.

Ale to normalne i od początku tak było. Polscy reżyserzy i zagraniczni brali do filmu gwiazdy, które były znane, miały nazwiska. To samo było też z Krzysiem Kieślowskim, który w momencie, kiedy wyszedł już poza nasze granice, głównie Paryż się nim zachwycił, to on już potem chciał tylko Juliette Binoche, to on już chciał Trintignant, to on już chciał aktorów, którzy mu nadadzą jeszcze większy rozgłos. To jest naturalne i zrozumiałe.

Ja też bym tak patrzyła, gdybym była producentem jakiegoś filmu. Oczywiście ja troszeczkę inaczej na to patrzę, bo ja bym szukała prawdziwego talentu, który może rozkwitnąć. Większość producentów patrzy na nazwiska, właśnie tak jak pan mówi, na ilość followersów na Instagramie, czy im się to opłaca, ile jest skandali. To głównie dotyczy reklam, ale też filmów fabularnych, kinematografii w ogóle. Brad Pitt z Angeliną Jolie – wielkie skandale, rozwody i tak dalej – ich stawki rosną z dnia na dzień właśnie przez to. Tutaj reklamuje kawę, tu reklamuje jakiś bank bez w ogóle powiedzenia ani jednego słowa, bo jest Bratem Pittem. Chodzi więc o zbudowanie wizerunku. Oczywiście ten wizerunek powstał od jednego z pierwszych jego filmów „Thelma i Luis”, w którym zagrał kochanka, kowboja takiego cudnego. Każdy zaczynał z nas od łóżka. Brad Pitt też.

Ten rozgłos narasta, potem aktor staje się wielki, właściwie już jest niedostępny i dyktuje warunki, w których chciałby zagrać. Elizabeth Taylor zaczynała w filmach czarno-białych. Zagrała w takiej komedii „Ojciec panny młodej” ze Spencerem Tracy – ona była młodziusieńka i dopiero potem dostrzeżono jej talent. Potem była „Cleopatra” i „Kto się boi Virginii Woolf?” i tak dalej. Była coraz droższa i coraz bardziej się ją chciało. A chciało dlatego, że jest prawdziwa, że jak gra to gra i to jest niesamowita prawda, która dotyka człowieka. Z drugiej strony teksty, fabuła niosą to, co dotyka ludzi – kłamstwa, zdrady, morderstwa, miłości. To są od pradziejów tematy, które poruszają ludzkość. Ludzkość jest niby przeciętna, a każdy z nas ma w sobie jakąś tajemnicę, która nadawałaby się na film, ale każdy się boi ją wyjawić. Jak wyjawi, to się okazuje, że jest nieciekawa, no to trzeba szukać czegoś ciekawego. Amerykanie mówią, że jak nie ma pistoletów kobiet i koni w kinie, to nie ma kina. Wajda też coś z tego miał, bo on kochał konie i zwierzęta, ale nie lubił zwierząt i dzieci na planie. Wisławę Szymborską jakiś dziennikarz zapytał, czy lubi dzieci, pewnie chciał jej dokuczyć tym, że nie miała dzieci, i pani Wisława odpowiedziała, że lubi, ale nie te, które występują w reklamach.

Jest takie zdanie, że już wszystko zostało powiedziane tak naprawdę w dramatach antycznych.

Tak, ale kostium się zmienia i scenografia. Tak naprawdę to wszystko to samo, tylko w innym anturażu. Tak, to prawda, co pan powiedział. To jest tak, jakby ludzkość zatrzymała się w pewnym etapie mnogości przeżyć swojego życia, że albo kocha, albo nie kocha, albo zabija, albo nie zabija, albo kradnie, albo nie kradnie, albo cudzołoży, albo nie. Czyli się pojawia ten dekalog Kieślowskiego. Wszystko dzieje się wokół tych dziesięciu przykazań, każda historia, a więcej nie wymyślił ten na górze.

Grała pani w filmach znakomitych reżyserów. Czy któryś z nich szczególnie pani ceni?

Wyróżniłabym „Tabu” Andrzeja Barańskiego, bo byłam młodziutka i zagrałam bardzo poważną, trudną, dramatyczną rolę. Za wspaniałym reżyserem właśnie. Lubię „Krótki film o miłości” i „Bez końca” Kieślowskiego, lubię „Inne spojrzenie” Károlya Makka, lubię „Białą wizytówkę” Filipa Bajona, lubię „Nadzór” Saniewskiego, lubię rolę Telimeny u Andrzeja Wajdy. Chciał mi zaproponować w „Przedwiośniu” rolę Laury. Napisał o tym w pamiętnikach swoich. Serce mi pękło, bo już nie mieliśmy szansy się spotkać.

Bardzo wielu aktorów czuje taką potrzebę stanięcia po tej drugiej stronie kamery.

Teraz raczej wolałabym być reżyserem albo producentem. To jest bardzo trudne, żeby powiedzieć coś, co dotknie widza, dlatego że my patrzymy na życie scenami, efektami, a scenariusz i robienie całego filmu to jest bardzo silna konstrukcja.

Jaki sposób prowadzenia aktora lubi pani u reżyserów? Czy takich, którzy mówią dokładnie, czego chcą i jak ma wyglądać rola, czy takich, którzy dają możliwość własnej interpretacji?

To musi być poprzedzone rozmowami niekoniecznie na temat roli, tylko na temat w ogóle życia. To jest takie poznanie drugiego człowieka. Tak jak pan teraz bardzo szczerze na mnie patrzy, ja bym mogła wiele rzeczy wywnioskować, rozmawiając z panem. To tak samo jest z reżyserem. Jeżeli on jest ciekawy życia osoby, którą chce zaprosić do swojego projektu, to polega na rozmowach. Ja tak miałam i z Károlyem Makkiem, i z Krzysztofem Kieślowskim głównie, i z Filipem Bayonem. Jego rozmowa była krótka. Powiedział: Grażyna, musisz przefarbować włosy na ciemno. I to mi tak dużo dało, tak mi zmieniło opcje patrzenia na siebie, na to, co on chce uzyskać, jaki rodzaj erotyzmu, jaki rodzaj skandalu w „Białej wizytówce”. To niesamowite. Ważna jest rozmowa z reżyserem, bardzo ważna. Bo inaczej kawa nie smakuje.

Departament Promocji
Paweł Jankowski

9 lipca 2026