Świat jest przesiąknięty tajemnicą. Rozmowa z Krzysztofem Zanussim
„Całopalenie” to próba opowiedzenia o luce, która wytworzyła się w naszej kulturze. Znika w niej wymiar duchowy, transcendencja, nadprzyrodzoność, czyli to, co towarzyszyło ludzkości od zarania dziejów – twierdzi Krzysztof Zanussi.
Na początek chciałbym zapytać, co się dzieje z lwem?
Z lwem?
Tak, z lwem…
Którym lwem?
Złotym.
Stoi na jakiejś wystawie, ktoś go ode mnie pożyczył i na razie nie ma go na półce w domu. Ale pamiętam o nim.
Pytam o Złotego Lwa, ponieważ dostał go pan na festiwalu w Wenecji za dzieło nakręcone w Toruniu ponad 40 lat temu. Jakie ma pan wspomnienia związane z „Rokiem spokojnego słońca”?
Wspomnienie jest bardzo smutne, bo w dniu, w którym przyjechaliśmy do Torunia na premierę tego filmu, w Wiśle we Włocławku znaleziono ciało zamordowanego księdza Jerzego Popiełuszki. I pamiętam, że tego samego wieczoru ta wiadomość dotarła do nas i mieliśmy tę premierę bardzo taką przykrytą smutkiem. Ale same zdjęcia w Toruniu, to była niezwykle miła przygoda.
Wspominaliśmy przed rozmową z panem, że jako licealiści, oglądaliśmy zza płotu, jak kręci pan „Rok spokojnego słońca”…
To bardzo miłe. Mieliśmy takie poczucie, że mieszkańcy Torunia są chętni, że znoszą te różne drobne niewygody, że cieszy ich ta realizacja, a nie smuci. Ponieważ dużo jeździłem po świecie i kręciłem w wielu miejscach, wiem, że są kraje, gdzie wtargnięcie filmowców przynosi zamęt i rozdrażnienie mieszkańców. Są też takie, gdzie ludzie to bardzo lubią. Toruń zakwalifikował się do grona miast południowych, jak we Włoszech, Hiszpanii, czy południowej Francji, gdzie na ogół wszyscy bardzo lubią, jak się kręci film. Można zostawić swoje codzienne zajęcia i przyjrzeć się, co oni tam robią na planie. Ale w Szwajcarii, Skandynawii, Anglii, często ludzie mówią: po co nam tu przeszkadzacie i tak was nie oglądamy.
Przed „Rokiem spokojnego słońca” też nakręcił pan w Toruniu film…
Tak, dużo wcześniej, w latach 70., kręciłem tu „Hipotezę” i myślę, że sporo osób z Torunia, by się jeszcze rozpoznało wśród statystów w kostiumach. Zresztą miałem podobne doświadczenie w Przemyślu. Tam też robiłem film, jeden z moich pierwszych i pięćdziesiąt lat później go pokazałem. Jest tam scena, gdzie dzieci kąpią się w rzece. I jakiś starszy człowiek obecny na tym seansie po latach woła: to ja, ten na lewo, to ja, pamiętam jak film do nas przyjechał.
W „Hipotezie” rolę tonącej w Wiśle kobiety zagrała zmarła 12 maja Stanisława Celińska, która miał także wystąpić w „Całopaleniu”.
Żałuję, że pani Celińska nie doczekała swojego występu w tym filmie. Grała tu ze mną ponad pięćdziesiąt lat temu, planowaliśmy wrócić do tamtych czasów, kiedy była tą tonąca w Wiśle panienką. No, ale nie zdążyła przyjechać do Torunia…
Czyli „Całopalenie” to już trzecia pana produkcja w Toruniu…
Tak, trzecia, a byłaby czwarta, bo poprzedni film („Liczba doskonała”- red.) też bardzo chciałem nakręcić w Toruniu, ale niestety warunki materialne temu nie sprzyjały i zrealizowałem go w Płocku, skąd po prostu można było na noc wrócić do Warszawy, a w Toruniu trzeba by nocować w hotelu.
Czy w nowym filmie Toruń „zagra” Toruń?
Tak, ale nie będzie go dużo, bo to nie jest film turystyczny i wiele scen we wnętrzach kręciliśmy w Warszawie, bo to było po prostu łatwiejsze ekonomicznie i logistycznie. Toruń będzie widoczny na ekranie, bo mój bohater jest przewodnikiem po mieście.
Dlaczego zdecydował się pan na realizację „Całopalenia” w Toruniu?
To trochę tak jak Edmunda Hillary’ego zapytali, dlaczego wszedł na Mount Everest? Odpowiedział: bo on był. Więc, gdyby Torunia nie było, to bym się nie zdecydował. A zdecydowałem się, ponieważ Toruń jest miastem tak bardzo wdzięcznym i ładnym. Nie zdawałem sobie nawet sprawy, że jest tak pięknie odświeżony. Robi wrażenie miasta zamożnego: odmalowane domy, porządne jezdnie. Jakby to była nie środkowa Europa, ale zachodnia. Taki wielki optymizm stąd bije.
Na ile scenariusz nowego filmu odzwierciedla pana niedawne, dramatyczne doświadczenia związane z poważną operacją?
Tam jest troszkę ślad tego, co się ze mną działo, bo mając perspektywę realnego odchodzenia, człowiek natychmiast myśli o sprawach ostatecznych, no i o tym jest ten film.
O czym więc będzie „Całopalenie”?
To pytanie to jest pułapka, dlatego że każdy utwór artystyczny jest zawsze obdarzony pewną autonomią. On działa jak chce, to co ja chciałem pokazać, to się nigdy nie spełni w stu procentach. Wystarczy inna twarz aktora i ten sam dialog znaczy co innego. Bardzo się boję obiecywać, co będzie w tym filmie. Będzie na pewno zastanowienie nad tym, po co jest ten świat i po co to wszystko? Ale to jest takie zastanowienie, które towarzyszyło ludzkości od tysięcy lat i jakby w naszej cywilizacji technicznej przygasło. Ludzie dopiero w ostatnich kilkudziesięciu latach właściwie zaniechali takich podstawowych pytań. Chyba ze stratą dla swojej własnej świadomości. Bo tak jak nas filozof Leibniz pytał: „czy jest coś, czy nie ma nic?”, to warto nad tym się zastanawiać. I rozstrzygnąć w swoim własnym odczuciu: czy wierzę, że poza rzeczywistością materialną jest jeszcze jakaś inna rzeczywistość duchowa? Czy nie wierzę w to, uważam to za złudzenie? To jest wartościowa refleksja, wydaje mi się, że warto ją podjąć, mimo że jest nie do rozstrzygnięcia. „Całopalenie” to próba opowiedzenia o tej luce, która wytworzyła się w naszej kulturze. Znika w niej wymiar duchowy, transcendencja, nadprzyrodzoność, czyli to, co towarzyszyło ludzkości od zarania dziejów. Mój bohater za tym tęskni, tego szuka. Resztę trzeba będzie zobaczyć na ekranie. Tym filmem chciałbym przekazać to, że świat jest przesiąknięty tajemnicą. To, co o nim wiemy, to mała cząstka rzeczywistości, która nas otacza.
Użył pan słowa cywilizacja. Ostatnio takim najnowszym objawem cywilizacji jest sztuczna inteligencja. AI jest pana zdaniem zagrożeniem czy przyszłością?
W moim wieku z łatwością mógłbym powiedzieć, że mnie to już nic nie obchodzi. Spodziewam się wielkiej rewolucji w całym życiu społecznym, ale zupełnie na innych polach niż się w tej chwili mówi. To nie technika, to kwestia funkcjonowania społeczeństw się zmieni, dlatego że idea pracy realizuje się w innych rejonach. I w krajach zamożnych mamy perspektywę pensji podstawowej i wielkiego pytania: co zrobić z życiem, skoro nie musimy zarabiać na to życie? Jak żyć pięknie, rozsądnie i twórczo, mimo że nikt od nas tego nie wymaga, tylko możemy sobie taki cel postawić. To jest to, co się moim zdaniem otwiera jako taka nowa perspektywa.
Nie tak dawno AI „wskrzesiła” postać zmarłego w zeszłym rok aktora Vala Kilmera, którego wizerunek stworzony przez sztuczną inteligencję zagrał w filmie „As Deep as the Grave”, co wzbudziło ogromne kontrowersje. Jakie jest pana zdanie na ten temat?
Myślę, że to nie pójdzie tak bardzo daleko, bo te sztuczne twory zawsze wydają się bardzo schematyczne, są odbiciem czegoś już istniejącego i nie mają, jak to się mówi, duszy. Ale tak do końca nie jestem tego pewien, bo nikt z nas nie jest pewien, jak daleko ta sztuczna inteligencja zajdzie. Mam wrażenie, że to jest troszkę taki strach, który się sam wygenerował, ale czy tak będzie naprawdę, nie wiem. Miałem okazję kilka razy rozmawiać z chatbotem i nie poczułem dreszczu grozy, że rozmawiam z jakimś demiurgiem, tylko po prostu, że ktoś otwiera encyklopedię na właściwej stronie i czyta dawno ułożone hasła.
Czym różni się praca z aktorami przy „Całopaleniu” od tej przy „Roku spokojnego słońca” 43 lata lat temu?
„Rok spokojnego słońca” to był film oparty na dwujęzyczności i dla aktorów to było ogromne wyzwanie, bo właściwie dwoje głównych bohaterów – Polka i amerykański żołnierz – nigdy nie komunikowało ze sobą słowami, bo się nie rozumieli wzajemnie i to wydawało mi się bardzo ciekawym wyzwaniem, ponieważ to były dwie kultury. Amerykanin przyjechał z całym swoim ciężarem amerykańskich doświadczeń, Polka zupełnie inaczej przeżywała świat.
Tam grały same gwiazdy, przecież nawet w epizodach wystąpili Janusz Gajos, Marek Kondrat czy Ewa Dałkowska. Wtedy to była również ucieczka, bo to był czas świeżo po bojkocie telewizji publicznej, no a tu pojawił się film, który był międzynarodowym przedsięwzięciem i dopuszczał to, że będą w nim grali ludzie z najwyższej półki, którzy odmawiali innych zaproszeń. Także na to, żeby mieć w epizodzie Zbigniewa Zapasiewicza, to trzeba było specjalnych okoliczności, które wtedy nastąpiły.
Czy „Całopalenie” będzie rzeczywiście pana ostatnim filmem, jak sam pan zapowiedział?
No tak powiedziałem, ponieważ rozsądek wskazuje, że dobijając do dziewięćdziesiątki, długo już nie pociągnę…
„Nie należy ograniczać zamiarów Opatrzności” mówił Jan Paweł II, gdy wierni śpiewali mu „Sto lat…”.
No więc, dlatego jestem pełen nadziei, że może mi zostanie przyznany jakiś bonus w postaci jeszcze paru lat pracy. I jeśli by się to udało, to będę się bardzo cieszył.
Departament Promocji
Dariusz Czołgowski i Paweł Jankowski
7 lipca 2026 r.